Artykuły

Spirala pomyłek

"Czego nie widać" w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Recenzja Janusza Milanowskiego w Gazecie Wyborczej-Bydgoszcz.

Czym zmierzyć poziom farsy? Najlepiej natężeniem śmiechu publiczności. W przypadku " Czego nie widać" ów pomiar wypada średnio.

W myśl tego kryterium na scenie bydgoskiej wciąż niedościgłą pozostaje farsa Raya Cooneya "Wszystko w rodzinie", wystawiona jeszcze za poprzedniej dyrekcji. Do dziś pamiętam świetny duet Wojciech Kalwat i nieodżałowany, nieżyjący już Roman Gramziński, grający popapranych lekarzy. Scena, w której obydwaj panowie musieli wystąpić w przebraniach pielęgniarek, doprowadziła publiczność do śmiechu, leź i wiary, że absurd na scenie nigdy się nie skończy. Dotychczas żaden inny spektakl takiej erupcji w Bydgoszczy nie wywołał, co nie znaczy, że śmiesznie już nigdy potem nie było, bo - owszem, owszem - było. Takoż i w przypadku "Czego nie widać" Michaela Frayna w reżyserii Adama Orzechowskiego.

Jest tu niby wszystko, bez czego farsa nie może się obejść: spirala pomyłek, logika absurdu, bieganina w samych gaciach, nadekspresywne, wyraziste postacie, komedia pomyłek. Formalnie przedstawienie pozostaje wierne kreowanemu gatunkowi, a jednak zgrzyta to wszystko monotonią. Jakoś bardzo wolno zawiązuje się akcja w pierwszej części. Widzimy taki teatr w teatrze. Zaczyna się niby zwykłe przedstawienie, które okazuje się być teatralną próbą pełną pomyłek. Frayn dość brutalnie obszedł się z postaciami aktorów. To neurastenicy, osoby infantylne, którym wszystko trzeba dwa razy tłumaczyć. I tak też pokazują ich aktorzy bydgoscy. Za temperament i komizm wyróżniłbym Małgorzatę Witkowską w roli Dotty Otley. Natomiast najwięcej przyjemności dla oczu dostarcza Katarzyna Kowalik, debiutująca na bydgoskiej scenie jako Brooke Ashton: sex appeal przez duże "S". Wypuszczać ją w samej bieliźnie to dość ryzykowne. Dziewczyna jest tak piękna, że wystarczy, iż na scenie po prostu jest.

Znacznie więcej i lepiej działo się w drugiej części. Tu już akcja dzieje się za kulisami przedstawienia. Wszystko biegnie już wartko. Nareszcie następuje charakterystyczne dla farsy spiętrzenie sytuacji. Aktorzy świetnie grają rekwizytami i budują groteskowe napięcie i w końcu jest dużo śmiechu na widowni. Cóż więc ostatecznie można powiedzieć o tej farsie? Że nie odbiega poziomem od dotychczas pokazywanych w Teatrze Polskim, że jest nierówna, czyli: coś jeszcze trzeba z nią zrobić (z pierwszą częścią nade wszystko).

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji