Artykuły

Sofokles, Gorki, Mrożek w Szczecinie

W niewielkich odstępach czasu w Szczecinie można było obejrzeć Antygonę Sofoklesa, Ostatnich Gorkiego, Rzeźnię Mrożka. Każdą sztukę na innej scenie, w innej obsadzie. Jeżeli prócz miejsca i czasu realizacji jeszcze coś je łączy - to ambicje coraz bardziej sprawdzających się twórców, niezawodność doświadczonych aktorów, dobre przygotowanie debiutantów. Te względy, upoważniające mnie do zbiorczej recenzja, niech także usprawiedliwią ze spraw pominiętych.

Antygonę Janusz Bukowski wystawił w Zamku, gdzie jeszcze grany jest Książę Niezłomny. Drzwi do Sali Księcia Bogusława obito blachą: stanowią teraz bramy pałacu Kreona. Plac przed pałacem wysypano żwirem i drobnymi kamieniami. Na środku kamienna studzienka. Wchodzący do sali widzowie muszą przejść przez bramy pałacu i kamienistą ścieżkę. Towarzyszy im chrzęst kamieni, który odtąd będzie współbrzmią! z kwestiami wypowiadanymi przez aktorów i zawodzeniami chóru.

Postacie pierwszoplanowe grają w białych chitonach płóciennych, Kreon - w chitonie ozdobnym, skórzanym, Koryfeusz chóru - w skórzanej kurtce i skórzanych spodniach. Prostota, typowa dla prac scenograficznych Jana Banuchy, który, znając świetnie możliwości tej sali, skromnymi środkami umie tu osiągać znakomite efekty.

W przeciwieństwie do innych reżyserów przedstawień w zamkowej sali Bukowski powściągliwie wykorzystał balkony. Tylko Kreon (Bohdan A. Janiszewski) wygłosił ponad głowami widzów orędzie; z balkonu przemawiał jeszcze Koryfeusz. Reszta scen rozgrywa się na poziomie widowni i między rzędami krzeseł.

Wybitna "tragedia władzy", opracowana z pietyzmem, wydaje się być dziełem czystym - sterylnie czystym. Podziwia się ten spektakl, ale równocześnie ma się wątpliwości: czy jest on za władzą, czy przeciwko niej? Z bogami czy przeciw nim?

Antygona Bukowskiego - takie odnoszę wrażenie - powstała z pięknych artystycznych ambicji, przy dobrej znajomości rzemiosła, ale bez emocji, w intelektualnym chłodzie, przy takim doborze aktorów do pierwszoplanowych ról, którzy nie ułatwiają znalezienia odpowiedzi na pytanie: czyje racje przekonują - Antygony czy Kreona? A może Ismeny?

Gra ją debiutantka Mirosława Nyckowska, będąc partnerką Danuty Chudzianki (Antygona), aktorki doświadczonej, która po latach powróciła na szczecińską scenę. Może debiut Nyckowskiej nie byłby łatwo zauważalny, gdyby nie obecność agresywnej i grającej z wielką ekspresją Chudzianki?

Obie w białych chitonach poruszają się tą samą ścieżką biegnącą od bram pałacu Kreona obok studzienki między rzędy widzów. Ale niosą różną świadomość ciężkiego obowiązku wobec nie pogrzebanego Polinika. Ciemnowłosą Ismenę "pęta przemoc", "władzom państwa posłusznie się poddaje"; jasnowłosa Antygona, "świętej sprawczyni zbrodni", za cenę wiecznej chwały gotowa zginąć. Te tekstowe założenia określają zadania aktorskie, z których Nyckowska wywiązuje się godnie.

Gra z uważnym wsłuchiwaniem się w argumenty partnerki, ma dla niej szacunek, brak jej jednak odwagi, by poprzeć ją, a zdobywa się na ten czyn w desperackiej ostateczności. Powściągliwa, mówi ściszonym głosem, miękkim, łagodnym, przypominającym widzowi nie tylko o moralnym obowiązku ale i biologicznym sensie życia. W tę tragedię jest jak gdyby zamieszana przypadkowo i z tym uczuciem się ją ogląda, podziwiając za pragnienie ratowania siostry, za tłumienie w sobie prawdziwych emocji i nie wypowiedzianych słów.

Ismena budzi współczucie. Nad losem Antygony trudno ronić łzę, za wiele tu ekshibicjonizmu, krzyku Los Ismeny bliższy jest naszym dwudziestowiecznym doświadczeniom, sióstr, matek umierających milcząco. I w tym można chyba upatrywać pewne "novum" - ryzykowne, bo wyciszeniu ulegają postacie dźwigające wielowiekowy bagaż interpretacji.

Również powierzenie Karolowi Gruzie, aktorowi debiutującemu, roli Koryfeusza chóru jest znaczące. Stary Tyrezjasz (Jerzy Wąsowicz) zapowiada nieuchronną klęskę Kreona. Koryfeusz, przedstawiciel młodego pokolenia, nawołuje do rozsądku, przestrzega. Do niego należy pierwsze i ostatnie słowo, jest stałym komentatorem wydarzeń. Gruza nie miał łatwego zadania: rola moralizatora na scenie jest dość kłopotliwa. Jednak jej sprostał. Kwestie wypowiadał z żarliwością, w której mieszały się uczucia goryczy i wiary w człowieka. Mówił głosem czystym i - co nie jest wśród debiutantów zaletą powszechną - zgodnie z zasadami polskiej wymowy. Imponował młodzieńczą ruchliwością nie kłócącą się jednak z ogólnym nastrojem wypowiadanych kwestii. Daleki był od tanich efektów, miał pewną osobistą godność.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji